SKPB Łódź My w górach Rajdy Relacje z rajdów 2015 2015 - kwietniowy XXVI Rajd Primaaprilisowy - relacja
2015 - kwietniowy XXVI Rajd Primaaprilisowy - relacja
Autor: Ania Mączewska    Utworzone: 14.12.2018

img_1204_2_ewa_kluska

W ostatni weekend marca (27-29.03) odbył się kolejny Rajd Primaaprilisowy. Tym razem trasy przemierzały Beskid Sądecki, by dotrzeć na ześrodkowanie w... Górach Leluchowskich. Pogoda była iście primaaprilisowa - śmiałkom, którzy ruszyli w góry udało się napotkać pokłady śniegu...





Pierwsza trasa wyruszyła na podbój Beskidu Sądeckiego z Muszyny. Pogoda przywitała nas pięknym słońcem i wysoką temperaturą, co później miało się zmienić. Na rynku zdrojowego miasta mogliśmy zjeść pierwsze śniadanie, zaopatrzyć się w artykuły spożywcze, wysłuchać krótkiej historii Muszyny i okolic, po czym dość żwawo zdobyliśmy znajdujące się na wysokości 527 m n.p.m. ruiny średniowiecznego zamku. Wyjazd w Beskidy nie byłby kompletny bez zwiedzania cerkwi. Pod tym względem los był dla nas łaskawy, bo odwiedziliśmy nawet dwie, po czym pożegnaliśmy miasteczko, które wyganiało nas ze swych terenów ulewnym deszczem i wreszcie wyruszyliśmy zdobywać górskie szlaki. Pogoda okazała się największym jokerem wyjazdu. Od ślizgania się po błocie płynnie przeszliśmy do grzęźnięcia w zaspach śnieżnych. Mimo tych niesprzyjających warunków dzielnie toczyliśmy się pod górę, co jakiś czas dokarmiając słabnącego ducha gorącą herbatą i czekoladą. Aż nadszedł moment, w którym już tylko myśl o ciepłym schronisku u kresu dnia skłaniała nas do stawiania kolejnych kroków.

Wreszcie zobaczyliśmy znak o treści "100 m do Schroniska na Hali Łabowskiej" i ostatnim morderczym wysiłkiem tego dnia pokonaliśmy dystans dzielący nas od raju. Tego wieczora glumza (nawet wegetariańska) smakowała lepiej, a piosenki śpiewane przy dźwiękach gitary i świetle świec stworzyły ten niepowtarzalny klimat, za który tak kochamy góry.

dsc06668_paula dscn2197_piotr_marciniak img_1136_3_ewa_kluska img_1171_3_ewa_kluska

Następny dzień przywitał nas pogodą iście bożonarodzeniową (czy może wielkanocną?). Brodząc po kostki (lub miejscami nawet kolana) w śniegu, opatuleni w każdy skrawek materiału przytargany z Łodzi, z przystankiem na Wierchu nad Kamieniem, dotarliśmy na Halę Pisaną. Tam pozwoliliśmy dojść do głosu naszej kreatywności i wrodzonym talentom artystycznym, tworząc jedynego w swoim rodzaju śnieżnego zajączka wielkanocnego. Po obowiązkowej sesji zdjęciowej z tym uroczym białym olbrzymem zaczęliśmy tracić wysokość i skierowaliśmy nasze zabrudzone trapery ku Piwnicznej. Spróbowaliśmy „pysznych” wód zdrojowych, nauczyliśmy się grać w Mysie Patysie i dociążyliśmy plecaki glumzowymi artykułami spożywczymi, żeby potem, marząc o owym garnku rozkoszy, zakasać rękawy i w gasnących promieniach słońca wspiąć się do Chaty na Magórach. Głodni i podekscytowani osiągnęliśmy ten cel już po zmroku (i po drugiej grupie, widać kto więcej chodził ;D), zrzuciliśmy plecaki, przystawiliśmy mokre buty do pieca, pociachaliśmy warzywka i upichciliśmy ostatnią glumzę na rajdzie. Dojedliśmy istnym majstersztykiem, słodkim odpowiednikiem tej górskiej potrawy - glutem, mobilizując równocześnie nasze szare komórki do działania grą w Czarne Historie (rozłożyliśmy na łopatki drugą trasę ;) ). Klasycznie noc skończyła się późno, przy śmiechu i dźwiękach gitary, a nawet harfy.

Powstać po takiej nocy to czyn nadludzki (szczególnie jak kradną całą godzinę). Pióra wieszczy opiewać będą walkę którą wola stoczyć musiała z pragnieniem zapadnięcia w rozkoszny mrok bezistnienia... no jeszcze tylko na pół godziny... Kto nie uległ znowu miał pod górkę - Eliaszówkę. A na jej wierzchołku oprócz przyprószonych śniegiem świerków rosła sobie wieża. A na wieży kilka radosnych chwil, bo wreszcie ostatniego dnia rajdu otworzył się szary strop chmur, odsłaniając nieskończony błękit i słońce, którego promienie rozświetliły szczyty po horyzont... Jeszcze ostatnie rozmarzone spojrzenia i schodzimy. Odtąd nasza droga wieść miała już tylko w dół.

 

img_1106_2_ewa_kluska img_1130_2_ewa_kluska img_1149_2_ewa_kluska trasa_i_wojciech_mroczek

 

Była to relacja sporządzona wspólnie i demokratycznie przez uczestników trasy 1. Dla odmiany, poniżej świadectwo subiektywne prowadzącego trasę 2.

 

Z kolei trasa druga rozpoczęła swoją wędrówkę bardziej hedonistycznie, mianowicie w stolicy rozgrzewających trunków zwanej Łąckiem. Po przeformowaniu szyku i słonecznym śniadaniu, ruszyliśmy w kierunku Dunajca, który przyszło nam pokonać bez żadnego mostu i kładki. Nie zastaliśmy też żadnej jednostki pływającej z napędem, więc wzorem tamtejszych skorzystaliśmy z przeprawy promem automatycznym, czyli przesuwanym w poprzek rzeki siłą prądu. Zaraz po desancie w upragniony Beskid Sądecki, żwawo ruszyliśmy pod górę. Okazało się jednak, że ów Beskid nie zamierza przywitać nas gościnnie. Pierwsze podejście okazało się najbardziej strome z całej trasy. Wgramolenie się na niepozorny pagórek okupiliśmy głośnym stękaniem oraz siódmymi potami, które marzyły się jednemu z nas. Tylko jednemu. Piękne dzięki Marcinie! :P Na grzbiecie czekał już na nas przydrożny ołtarzyk. A że zdążyliśmy nieco zżyć się ze sobą, w ciepłych promieniach słońca, na rozkosznie zielonej trawce, poczuliśmy że oto zawiązała się Drużyna Pierścienia. Faktycznie była nas dziewiątka, nie wiedzieliśmy tylko kto niesie w kieszeni pierścień? Dalsza marszruta prowadziła przez sielskie krajobrazy i kolejne ołtarze. Na jednym z widokowych postojów postanowiliśmy dla powodzenia naszej wyprawy złożyć ofiarę ze smutnego banana. Najwyraźniej pomysł okazał się nietrafiony, gdyż dalej szło się tylko trudniej - zlodzony śnieg sięgał coraz wyżej naszych butów, by w końcu na pewnej polanie sięgnąć pasa. Krajobrazy zmieniały się dynamicznie acz zagadkowo, aż wczesnym popołudniem ujrzeliśmy dolinę Grajcarka. Ostatnia prosta wcale nie była łatwa do przejścia, gdyż wraz ze zbliżaniem się do Bereśnika, czas podawany systematycznie na tabliczkach PTTK rósł zamiast maleć. Wyraźne niebezpieczeństwo wisiało w powietrzu. Po dotarciu do bacówki wreszcie spadło w postaci całkiem rzęsistego deszczu. Ale, jak to się mówi, żołądek nie sługa, więc nie przeszkodziło nam to w przygotowaniu obiadu na ognisku. Do dziś kociołek jest porysowany łyżkami wędrowców wyskrobujących dno do czysta. Następnie podzieliliśmy się na leżakujących z kotami (czytaj: Mariusz pilnował ciepłej wody) i pragnących zażyć kuracji w szczawnickich źródłach. Na dole, w Szczawnicy, okazało się, że spóźniliśmy się o kwadrans, by napić się kwiatkami pachnących wód siarkowych. Po obejściu uzdrowiska, zajęliśmy jedyny stosowny lokal o kojącej nazwie "Chatka" (nigdy nie chodźcie tam sami nieuzbrojeni), by nadrobić straty w termice. Dzięki temu wieczór okazał się niespodziewanie ciepły, nie dziwota więc, że podeszliśmy z powrotem na nocleg w rekordowym tempie.

img_1223_3_ewa_kluska wp_20150327_08_24_36_pro wp_20150327_10_27_02_pro dsc03067_michal_fita

Poranek powitał nas widokami na Tatry (no, prawie) oraz kocimi cielskami żywo interesującymi się naszym śniadaniem. Punktualnie opuściliśmy gościnne, pachnące kocimi siuśkami progi, by ruszyć w kierunku Przehyby. Nie było łatwo, ale mobilizowała nas perspektywa szybkiego dojścia do celu, co okazało się bezczelną obiecanką-cacanką prowadzącego. Podwójna ściema, gdyż na następny nocleg doszliśmy gdy już się ściemniło. Ale za to odwiedziliśmy tego dnia Dwie Wieże - widokowe oczywiście. Wcześniej jeszcze rozkoszowaliśmy się obiadem w licznej asyście uzbrojonych wojskowych, ćwiczących akurat w okolicy. Z trudem opanowaliśmy się, by nie rozpętać bitwy rodem z tolkienowskiej powieści. Popołudniowe maszerowanie urozmaicały nam liczne przebieranki na śniegu w tonie modowych dylematów: czy ten żółty pokrowiec na plecak pasuje do moich butów? czy ten dres nie jest zbyt obcisły? czy założyć krótkie spodenki już teraz przy mgle, czy poczekać do zasp śnieżnych? Niewiasty z trudem wytrzymały ten pojedynek męskich kreacji. Tego dnia sam finisz marszu na Eliaszówkę okazał się najtrudniejszy, niczym ku Górze Przeznaczenia. Stamtąd zostało już ledwie "piętnaście minut" do chaty, gdzie zeszliśmy się z bratnią grupą. Wieczór upłynął przy dźwiękach gitary, w iście doborowym towarzystwie.

Dzień trzeci przywitał nas poprawą widoczności, dzięki czemu dojrzeliśmy bliskich sąsiadów trzeciego stopnia, czyli konie stojące pod oknem. Nie na darmo spaliśmy w tzw. stajence chatki "Magóry". Powstanie nie poszło nam bez pewnych perturbacji, ale finalnie udało się zrealizować także przypadający na ten dzień Powrót Króla. Wieś Kosarzyska powitała nas biciem dzwonów, a na smaczne sfinalizowanie odwiedziliśmy jeszcze jarmark w Miasteczku Galicyjskim w Nowym Sączu.

 

W imieniu organizatorów serdeczenie dziękuję wszystkim uczestnikom za aktywny udział w rajdowych przedsięwzięciach oraz klimat kameralnej atmosfery!

 

Miłek Wojtunik (142)

 

Fotorelacje z ostatnich rajdów

SSA45047-P50 IMG_6166-P50 IMG_3433-P50 DSC05292-P50
DSC05232-P50 IMG_1329-P50 DSCF0634-P50 DSCN3061-P50